Jednak się udało! Yoga zgodnie z planem wykonana. Zabrakło do końca jakiś 15 minut, ale była to jak zwykle siła wyższa (żona chciała w końcu zobaczyć Zieloną Milę w TV).
Trochę odwykłem i ciężko już mi było się mocniej wykręcać, pozycje wyjściowe robiłem dość lakonicznie. Wina - Stawiam na poniedziałkowy drążek i poranne tricepsy, bolą jak cholera momentami...
Progress means pain - nie ma zmiłuj
piątek, 7 stycznia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz